Niedawno ponownie się przeniosłam. Bez większych problemów,
korespondencyjnie udało mi się załatwić pozwolenie na rozbicie namiotu i
palenie ogniska niedaleko niewielkiego lasu. Samo rozstawianie mojej
ukochanej jedynki nie zajęło dużo czasu, jednak było dość zimno i
wilgotno, i drewno nijak nie chciało się zapalić. Ściemniało się, a ja
nie potrafiłam rozpalić ogniska. Lekko podirytowana cisnęłam zapałki do
wnętrza kieszeni i z olbrzymiego plecaka wyjęłam wodę oraz kanapki z
szynką, w które zaopatrzyłam się jakiś czas temu od jakiejś wieśniaczki.
Udawanie biednej, niewidomej, a na dodatek zdeformowanej dziewczynki
zdecydowanie pomagało w zdobywaniu ludzkiego pożywienia. Zabawne, ale od
jakiegoś czasu coraz chętniej jadałam normalne jedzenia, a nie
zwierzęce mięso.
Skończywszy swój posiłek chciałam iść spać, jednak zaniepokoił mnie
jakiś dźwięk od strony lasu. Szybko poderwałam się chwytając za
przytroczony do plecaka nóż. Odwróciłam się w kierunku tajemniczego
dźwięku. Mimo półmroku wyraźnie mogłam dojrzeć ludzkie kształty. Co
dziwniejsze nie czułam specjalnej złości, a zapach owego osobnika nie
był tak nieprzyjemny. Czekałam w gotowości, aż się zbliży. Gdy był na
kilka kroków od mojego namiotu stanęłam naprzeciw niego i warknęłam.
- Czego tu szukasz?
Postać zatrzymała się i sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby.
- Przynoszę list dla Argony Ryuketsu - oznajmił spokojnie. - Czy to pani?
- Owszem. - Nie chowając noża podeszłam do przybysza i jednym, szybkim
ruchem odebrałam przesyłkę zastanawiając się, kto i po co miałby pisać
do mnie list. Przecież nie utrzymywałam z nikim bardziej zażyłych
stosunków.
Obejrzałam go uważnie, nie zwracając uwagi na powoli oddalającego się
posłańca. Ani na to, jak niespodziewanie rozwiał się w mroku. Koperta
opatrzona była pieczęcią szkoły i napisem: "Akademia Mrocznych Dusz".
Bez zbędnych ceregieli rozerwałam opakowanie i wydobyłam list. Szybko
przebiegłam wzrokiem po zawartości. Wynikało z niej, że zostałam
przyjęta do jakiejś niezwykłej szkoły dla przeciętnych inaczej. W
pierwszej chwili chciałam to podrzeć, jednak zainteresował mnie jeden
fragment tekstu. A mianowicie: "Posiłki zapewnione na miejscu". Posiłki
na miejscu! Cóż... nie można powiedzieć, bym była wspaniałym kucharzem, a
przy mojej przypadłości trudno było pójść na jakiś kurs gotowania, czy
nawet do większego sklepu... Postanowione więc! Jutro zwinę obozowisko i
udam się właśnie tam!
(...) Następnego ranka, gdy wszystko było już spakowane, a zimne i
wygniecione kanapki zjedzone, ruszyłam w drogę. Mundur polowy wojska
polskiego idealnie nadawał się na tą wędrówkę. Nie odczuwałam zimna
poranka, a mimo to moje ruchy nie były zbytnio ograniczone. Akademia
znajdowała się dość daleko od mojego aktualnego położenia, zaczęłam się
też zastanawiać jakim cudem mnie znaleźli. I po co. No nic.
Najważniejsze, że czesne niskie i jest jedzenie. Być może udałoby mi się
również nauczyć nieco kontroli nad żądzą mordu, co niechybnie
przydałoby się podczas podróży.
Do celu dotarłam dopiero po kilku dniach spokojnego marszu. Nie
spieszyłam się, nie czułam takiej potrzeby. Akademia nie zając, nie
ucieknie. Przywitał mnie całkiem przyjemny budynek, wyglądający jak
elitarna szkoła dla panienek z dobrych rodzin. Wchodząc na czysty
podjazd poczułam się nieco nieswojo. W moim moraczu, z olbrzymim
plecakiem na plecach nie pasowałam nieco do krajobrazu. Prawda, zdarzało
mi się wcześniej urzędować w zamkach, jednak wszystkie one były
ruinami, opuszczonymi ruinami lub po prostu opuszczonymi dworami. A ten
tu wcale tak nie wyglądał.
Podszedł do mnie ktoś z ochrony, a ja bez słowa pokazałam mu list. Już
na wstępie rzuciło mi się w oczy, że nie jest człowiekiem. Czym w takim
razie był? Trudno stwierdzić, zważywszy to, jak długo stroniłam od
innych stworzeń. W każdym bądź razie wskazał mi drogę do gabinetu
dyrektora. Po załatwieniu wszystkich formalności pozostało mi tylko udać
się do pokoju, gdzie dość niedbale rzuciłam plecak na ziemię i poszłam
pod prysznic.
Tak odświeżona postanowiłam nieco pozwiedzać akademię. Chcąc jak
najszybciej wydostać się z pokoju zamaszyście otworzyłam drzwi, prawie
przywalając nimi w jakiegoś niewinnego przechodnia. Prawie, bo na
szczęście dla niego miał dobry refleks i zdążył odskoczyć. Spojrzałam na
niego i mruknęłam:
- Wybacz, nie zauważyłam.
(Ktoś?)
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz