wtorek, 9 czerwca 2015

Od Argony

Niedawno ponownie się przeniosłam. Bez większych problemów, korespondencyjnie udało mi się załatwić pozwolenie na rozbicie namiotu i palenie ogniska niedaleko niewielkiego lasu. Samo rozstawianie mojej ukochanej jedynki nie zajęło dużo czasu, jednak było dość zimno i wilgotno, i drewno nijak nie chciało się zapalić. Ściemniało się, a ja nie potrafiłam rozpalić ogniska. Lekko podirytowana cisnęłam zapałki do wnętrza kieszeni i z olbrzymiego plecaka wyjęłam wodę oraz kanapki z szynką, w które zaopatrzyłam się jakiś czas temu od jakiejś wieśniaczki. Udawanie biednej, niewidomej, a na dodatek zdeformowanej dziewczynki zdecydowanie pomagało w zdobywaniu ludzkiego pożywienia. Zabawne, ale od jakiegoś czasu coraz chętniej jadałam normalne jedzenia, a nie zwierzęce mięso.
Skończywszy swój posiłek chciałam iść spać, jednak zaniepokoił mnie jakiś dźwięk od strony lasu. Szybko poderwałam się chwytając za przytroczony do plecaka nóż. Odwróciłam się w kierunku tajemniczego dźwięku. Mimo półmroku wyraźnie mogłam dojrzeć ludzkie kształty. Co dziwniejsze nie czułam specjalnej złości, a zapach owego osobnika nie był tak nieprzyjemny. Czekałam w gotowości, aż się zbliży. Gdy był na kilka kroków od mojego namiotu stanęłam naprzeciw niego i warknęłam.
- Czego tu szukasz?
Postać zatrzymała się i sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby.
- Przynoszę list dla Argony Ryuketsu - oznajmił spokojnie. - Czy to pani?
- Owszem. - Nie chowając noża podeszłam do przybysza i jednym, szybkim ruchem odebrałam przesyłkę zastanawiając się, kto i po co miałby pisać do mnie list. Przecież nie utrzymywałam z nikim bardziej zażyłych stosunków.
Obejrzałam go uważnie, nie zwracając uwagi na powoli oddalającego się posłańca. Ani na to, jak niespodziewanie rozwiał się w mroku. Koperta opatrzona była pieczęcią szkoły i napisem: "Akademia Mrocznych Dusz".
Bez zbędnych ceregieli rozerwałam opakowanie i wydobyłam list. Szybko przebiegłam wzrokiem po zawartości. Wynikało z niej, że zostałam przyjęta do jakiejś niezwykłej szkoły dla przeciętnych inaczej. W pierwszej chwili chciałam to podrzeć, jednak zainteresował mnie jeden fragment tekstu. A mianowicie: "Posiłki zapewnione na miejscu". Posiłki na miejscu! Cóż... nie można powiedzieć, bym była wspaniałym kucharzem, a przy mojej przypadłości trudno było pójść na jakiś kurs gotowania, czy nawet do większego sklepu... Postanowione więc! Jutro zwinę obozowisko i udam się właśnie tam!

(...) Następnego ranka, gdy wszystko było już spakowane, a zimne i wygniecione kanapki zjedzone, ruszyłam w drogę. Mundur polowy wojska polskiego idealnie nadawał się na tą wędrówkę. Nie odczuwałam zimna poranka, a mimo to moje ruchy nie były zbytnio ograniczone. Akademia znajdowała się dość daleko od mojego aktualnego położenia, zaczęłam się też zastanawiać jakim cudem mnie znaleźli. I po co. No nic. Najważniejsze, że czesne niskie i jest jedzenie. Być może udałoby mi się również nauczyć nieco kontroli nad żądzą mordu, co niechybnie przydałoby się podczas podróży.
Do celu dotarłam dopiero po kilku dniach spokojnego marszu. Nie spieszyłam się, nie czułam takiej potrzeby. Akademia nie zając, nie ucieknie. Przywitał mnie całkiem przyjemny budynek, wyglądający jak elitarna szkoła dla panienek z dobrych rodzin. Wchodząc na czysty podjazd poczułam się nieco nieswojo. W moim moraczu, z olbrzymim plecakiem na plecach nie pasowałam nieco do krajobrazu. Prawda, zdarzało mi się wcześniej urzędować w zamkach, jednak wszystkie one były ruinami, opuszczonymi ruinami lub po prostu opuszczonymi dworami. A ten tu wcale tak nie wyglądał.
Podszedł do mnie ktoś z ochrony, a ja bez słowa pokazałam mu list. Już na wstępie rzuciło mi się w oczy, że nie jest człowiekiem. Czym w takim razie był? Trudno stwierdzić, zważywszy to, jak długo stroniłam od innych stworzeń. W każdym bądź razie wskazał mi drogę do gabinetu dyrektora. Po załatwieniu wszystkich formalności pozostało mi tylko udać się do pokoju, gdzie dość niedbale rzuciłam plecak na ziemię i poszłam pod prysznic.
Tak odświeżona postanowiłam nieco pozwiedzać akademię. Chcąc jak najszybciej wydostać się z pokoju zamaszyście otworzyłam drzwi, prawie przywalając nimi w jakiegoś niewinnego przechodnia. Prawie, bo na szczęście dla niego miał dobry refleks i zdążył odskoczyć. Spojrzałam na niego i mruknęłam:
- Wybacz, nie zauważyłam.
(Ktoś?)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz